To jedno z częstszych zaskoczeń u pacjentek po pięćdziesiątce, a zarazem dobry punkt wyjścia do rozmowy, której w menopauzie prowadzi się stanowczo za mało: o sercu i naczyniach.
Nadciśnienie wciąż ma w głowach opinię choroby panów z brzuszkiem i papierosem, więc kobieta, która o siebie dba, słysząc taki wynik, zwykle reaguje niedowierzaniem. „Ale ja przecież nic nie czuję” pada niemal za każdym razem. I właśnie w tym tkwi pierwszy problem, bo wysokiego ciśnienia rzeczywiście się nie czuje, a jego związek z hormonami jest znacznie mocniejszy, niż wynika z popularnego obrazu menopauzy, w którym mieszczą się uderzenia gorąca, gorszy sen i wahania nastroju, a o sercu i naczyniach wspomina się jakby na marginesie.
A to układ krążenia jest tu stawką największą. Choroby sercowo-naczyniowe pozostają najczęstszą przyczyną zgonów kobiet, o czym w rozmowach o menopauzie mówi się stanowczo za rzadko. Uderzenia gorąca miną, sen z czasem zwykle się reguluje, a naczynia pracują dalej, codziennie, przez kolejne dekady; to, w jakim są stanie w okolicach pięćdziesiątki, ma znaczenie znacznie dłużej niż którykolwiek z objawów, z powodu których kobiety najczęściej przychodzą.
Statystyki nadciśnienia długo wyglądały prosto: częściej chorują mężczyźni. W młodszych grupach wiekowych tak właśnie jest, i to z wyraźną przewagą. Rzecz w tym, że u kobiet ciśnienie po menopauzie rośnie wyraźnie szybciej; krzywe, które przez całą młodość biegły osobno, zaczynają się zbiegać, aż po sześćdziesiątym roku życia odsetek kobiet z nadciśnieniem dogania, a w części danych przewyższa odsetek mężczyzn w tym samym wieku. Przewaga, którą kobiety mają wcześniej, z wiekiem po prostu znika.
To nie jest wyłącznie kwestia upływu lat, bo mężczyźni starzeją się tak samo, a u nich ta krzywa wznosi się łagodniej. Coś dodatkowego dzieje się u kobiet w okolicach menopauzy, i tego czegoś trzeba szukać w hormonach. Dla mnie w gabinecie ma to bardzo praktyczny skutek: u kobiety przed menopauzą prawidłowe ciśnienie traktuję jako stan w miarę stabilny, natomiast w okresie okołomenopauzalnym i po nim chcę je widzieć regularnie, nawet jeśli wcześniej nigdy nie sprawiało kłopotu. Bo to jest dokładnie ten moment, w którym potrafi zacząć rosnąć niezauważenie.
Nadciśnienie jest podstępne właśnie dlatego, że nie boli. Nie daje zadyszki, nie budzi w nocy, przez lata potrafi nie dawać żadnego sygnału, a mimo to pracuje: obciąża serce, usztywnia naczynia i po cichu podnosi ryzyko zawału, udaru oraz innych chorób sercowo-naczyniowych. Pierwszym objawem bywa dopiero zdarzenie, którego najbardziej chcielibyśmy uniknąć, a uszkodzenia, które przez ten czas narosły w naczyniach, są już wtedy faktem. Większość kobiet, które trafiają do mnie z podwyższonymi wartościami, dowiedziała się o nich przypadkiem: przy okazji badań do zabiegu, w aptece, na wizycie z zupełnie innego powodu. Jedyny sposób, żeby nadciśnienie wykryć, zanim zdąży narobić szkód, jest prozaiczny: trzeba je zmierzyć.
Czynników, które na nie pracują, jest sporo, i większość wymienilibyśmy chórem: wiek, nadciśnienie u bliskich krewnych, pochodzenie etniczne (wyższe ryzyko mają między innymi kobiety o korzeniach afrykańskich, afrokaraibskich i południowoazjatyckich), niezdrowa dieta, nadmierna masa ciała, palenie, nadużywanie alkoholu, długotrwały stres, a także, co dla wielu pacjentek jest zaskoczeniem, sama menopauza i związane z nią zmiany hormonalne, zwłaszcza gdy objawy oraz czynniki metaboliczne pozostają bez odpowiedniej diagnostyki i leczenia. Część z tych czynników możemy zmieniać, część nie, i już samo ich rozdzielenie bywa w gabinecie połową roboty.
Za nadciśnienie Światowa Organizacja Zdrowia przyjmuje wartości 140/90 mmHg lub wyższe, przy czym w poszczególnych krajach progi bywają nieco inne. Warto przypomnieć, co znaczą te dwie liczby, bo pacjentki rzadko o to pytają, a często nie wiedzą: pierwsza, wyższa, to ciśnienie skurczowe, czyli z chwili, gdy serce się kurczy i wyrzuca krew, a druga, niższa, to ciśnienie rozkurczowe, panujące w naczyniach między uderzeniami. Obie mają znaczenie. Dodam jedno zastrzeżenie praktyczne, bo wraca w gabinecie regularnie: jeden pomiar niczego nie przesądza. Jedna z pacjentek zmierzyła sobie ciśnienie raz, w aptece, tuż po tym, jak biegła na autobus, zobaczyła 160 i przez tydzień nie spała ze strachu, a przy spokojnych pomiarach w domu wartości okazały się prawidłowe. Ciśnienie ocenia się z serii pomiarów wykonywanych w spoczynku, nie z jednej przypadkowej liczby.
Tu zaczyna się sedno. Estradiol, progesteron i testosteron, hormony, które najczęściej kojarzymy z cyklem, płodnością czy libido, działają również na ściany naczyń krwionośnych. Pomagają im się rozluźniać i poszerzać, tak by krew płynęła swobodnie, a ciśnienie pozostawało w ryzach. Mówiąc najprościej, naczynie krwionośne to nie sztywna rurka, tylko żywa, umięśniona ściana, która potrafi się napinać i odpuszczać, a kiedy odpuszcza, opór dla przepływającej krwi maleje i ciśnienie spada. W perimenopauzie i menopauzie poziom tych hormonów najpierw faluje, czasem dość gwałtownie, a potem ustala się na niskim poziomie i już na nim zostaje. Ten spadek wiąże się z wyższym ryzykiem chorób serca i zawałów, i jest to jeden z powodów, dla których kardiolodzy coraz uważniej patrzą na kobiety właśnie w tym okresie życia.
Te same hormony pomagają też utrzymać w ryzach cholesterol. Kiedy estradiol spada, stężenie cholesterolu we krwi rośnie, ściany tętnic mogą sztywnieć, a w ich wyściółce zaczyna odkładać się tłuszczowy osad, czyli blaszka miażdżycowa, po łacinie atheroma, dokładnie to, co latami cicho zwęża światło naczyń. Im sztywniejsza i węższa tętnica, tym trudniej krwi przez nią płynąć i tym wyżej wędruje ciśnienie; jedno napędza drugie. Progesteron mikronizowany zwykle nie podnosi ciśnienia, a u części kobiet może sprzyjać jego obniżeniu, testosteron stosowany prawidłowo u kobiet też nie powinien go zwiększać. Nie chcę z tego robić obrazka, w którym hormony są cudownym lekiem na serce, bo nim nie są. Chcę pokazać co innego: menopauza nie jest dla układu krążenia wydarzeniem obojętnym, tylko realnie zmienia warunki, w jakich pracują naczynia.
To pytanie pada niemal zawsze, gdy w wywiadzie pojawia się podwyższone ciśnienie. Dla większości kobiet odpowiedź jest uspokajająca: u wielu pacjentek z dobrze kontrolowanym nadciśnieniem hormonalną terapię menopauzalną można rozważać i stosować bezpiecznie, pod warunkiem właściwego doboru preparatu, drogi podania oraz regularnej kontroli ciśnienia. Po to właśnie lekarz monitoruje wartości i dostosowuje dawki, nie jako formalność, lecz jako element prowadzenia terapii.
Znaczenie ma jednak postać hormonu i droga podania, i tego niuansu nie da się pominąć. Hormony bioidentyczne, a zwłaszcza estradiol podawany przez skórę, w plastrze, żelu albo sprayu, pozwalają naczyniom się poszerzyć, więc raczej obniżają ciśnienie, niż je podnoszą. Inaczej zachowują się niektóre syntetyczne progestageny oraz syntetyczne estrogeny, które ciśnienie mogą podwyższać i z tego powodu nie są zalecane kobietom z nadciśnieniem. Bioidentyczny progesteron mikronizowany albo nie wpływa na ciśnienie, albo potrafi je nieco obniżyć, a testosteron go nie podnosi. Dla pacjentki brzmi to jak farmakologiczny drobiazg, w praktyce bywa różnicą między terapią, której słusznie unikamy, a taką, która naczyniom wręcz sprzyja, i właśnie dlatego ten sam skrót hormony potrafi oznaczać dwie zupełnie różne rzeczy.
Najwięcej w tej części zależy od Twoich codziennych nawyków.
Hormony to jeden element, nie całość. Regularny pomiar ciśnienia i dbałość o ogólny stan zdrowia obniżają ryzyko chorób serca niezależnie od tego, czy stosujesz HTZ. Mieści się w tym utrzymanie prawidłowej masy ciała, regularny ruch, zdrowa i zbilansowana dieta, umiar z alkoholem i kofeiną oraz, co bywa traktowane po macoszemu, rzetelne przyjmowanie leków przepisanych na ciśnienie. Żadna z tych rzeczy nie brzmi efektownie i właśnie dlatego łatwo je odkładać; tymczasem to one, a nie pojedyncza spektakularna decyzja, najczęściej przesuwają wynik na ciśnieniomierzu w dobrą stronę. Leki obniżające ciśnienie, jeśli zostały zalecone, działają tylko wtedy, gdy się je bierze, a to należy do najczęstszych przyczyn opornego nadciśnienia, jakie widuję. Terapia hormonalna niczego z tej listy nie zastąpi.
Najprostsza rzecz, jaką możesz zrobić jeszcze w tym tygodniu, jest banalnie tania: kup porządny ciśnieniomierz naramienny i mierz ciśnienie spokojnie, o stałych porach, zapisując wyniki. Najlepiej na siedząco, po kilku minutach odpoczynku, z ręką opartą mniej więcej na wysokości serca, a nie w biegu i nie zaraz po kawie. Kilka takich pomiarów w ciągu tygodnia mówi o ciśnieniu więcej niż jedna liczba zmierzona w gabinecie, gdzie samo zdenerwowanie potrafi je zawyżyć. Tę kartkę z domowymi wynikami widuję na biurku częściej niż niejedno nowoczesne badanie, i zwykle mówi mi więcej niż ono.
Dr n. med. Arleta Szczęsna – specjalistka ginekologii i położnictwa oraz specjalistka endokrynologii, założycielka Kliniki Słowiańskiej i Centrum Menopauzy w Poznaniu.
Ma ponad 25-letnie doświadczenie zawodowe jako lekarz oraz 20-letnie doświadczenie kliniczne w opiece nad zdrowiem kobiet. Szczególnym obszarem jej pracy jest menopauza, zdrowie hormonalne kobiet oraz wpływ zmian hormonalnych na metabolizm, zdrowie serca, skład ciała, funkcje poznawcze i jakość życia.
Od wielu lat zajmuje się również medycyną zdrowia intymnego kobiet, w tym ginekologią regeneracyjną i nowoczesnymi metodami wspierającymi funkcje oraz komfort okolic intymnych na różnych etapach życia.
Jest lekarzem certyfikowanym przez Polskie Towarzystwo Leczenia Otyłości w zakresie kompleksowego leczenia choroby otyłościowej.
Jej podejście opiera się na przekonaniu, że menopauza nie jest końcem aktywności, sprawczości ani dobrego samopoczucia, ale momentem, który wymaga mądrej, indywidualnej i uważnej opieki lekarskiej.
Informacje zawarte w artykułach mają charakter edukacyjny i nie zastępują indywidualnej konsultacji lekarskiej.