Dlaczego po pięćdziesiątce pachnę inaczej?

O estrogenach, mikrobiomie i biologicznym środowisku, które przez trzydzieści lat utrzymywały hormony

Pot, który wydzielamy, jest niemal bezwonny. Zapach powstaje dopiero później, kiedy bakterie żyjące na skórze rozkładają to, co wydzielamy. Brzmi to nieprzyjemnie, a jest jedną z ciekawszych rzeczy, jakie tłumaczę pacjentkom, bo zmienia całą rozmowę. Zapach ciała nie jest właściwie nasz. Należy do mikroorganizmów, które pracują w środowisku, jakie tworzy nasze ciało.

Dlatego kiedy kobieta mówi „pachnę inaczej niż dziesięć lat temu”, rzadko chodzi o higienę. Najczęściej zmieniło się środowisko, w którym te bakterie pracują. A środowisko w ciele kobiety przez trzydzieści lat budowały estrogeny.

To jeden z tych objawów, o których kobiety myślą, a prawie nigdy nie pytają. Kiedy już zapytają, słyszą zwykle jedno z trzech słów: higiena, infekcja, wiek. Czasem to prawda. Znacznie częściej prawda jest ciekawsza, a przy okazji o wiele mniej krępująca, bo nie ma nic wspólnego z zaniedbaniem.

Biochemia niewidzialnego bukietu

Mamy dwa rodzaje gruczołów potowych. Ekrynowe, rozsiane po całym ciele, produkują rzadki, wodnisty pot, który sam w sobie prawie nie pachnie. Apokrynowe, skupione w pachach, pachwinach i okolicach intymnych, wydzielają coś zupełnie innego: gęstą substancję bogatą w tłuszcze, białka i związki steroidowe. Ta wydzielina również jest niemal bezwonna, dopóki nie dobiorą się do niej bakterie. To one, rozkładając te cząsteczki, wytwarzają lotne związki, które czujemy.

Zapach jest więc wypadkową dwóch rzeczy: tego, co wydziela skóra, i tego, jakie bakterie na niej mieszkają. Zmień jedno albo drugie, a zmieni się zapach. Menopauza zmienia oba naraz.

Warto przy tym wiedzieć, że różne okolice ciała pachną inaczej, bo mają inny zestaw gruczołów i inne bakterie. W pachach ton nadają głównie maczugowce, które z wydzieliny apokrynowej uwalniają związki o lekko serowatym, cebulowym charakterze. Z wiekiem cały ten profil się przesuwa: jasny, lekko kwaskowy zapach młodej skóry ustępuje cięższemu, bardziej utlenionemu. To nie jest gorszy zapach. To inny zapach, należący do innego etapu biologii.

2-nonenal, czyli zapach dojrzałej skóry

Jednym z najlepiej poznanych związków odpowiedzialnych za charakterystyczny zapach dojrzałej skóry jest aldehyd 2-nonenal.

Po menopauzie skóra produkuje mniej łoju, zmienia się skład jej lipidów, słabnie bariera, a wraz z badaniami nad ceramidami wiemy, że ubywa ich i skracają się ich łańcuchy, co terapia hormonalna potrafi częściowo cofnąć. Razem ze zmianą podłoża zmienia się skórny mikrobiom, bo bakterie i drożdżaki, które na skórze żyją, tracą część dotychczasowego pożywienia i warunków. Inny substrat plus inna flora oznacza inny profil zapachowy. To nie jest wrażenie, to biochemia.

Nakłada się na to coś, co zaczyna się już około czterdziestki, niezależnie od hormonów. W miarę jak słabnie naturalna ochrona antyoksydacyjna skóry, lipidy na jej powierzchni łatwiej się utleniają, a z tego utleniania powstaje aldehyd o nazwie 2-nonenal. To on odpowiada za charakterystyczny, cięższy, lekko „tłusty” zapach, który podświadomie kojarzymy z wiekiem. Zmiany skórne menopauzy wpadają dokładnie w to okno i je pogłębiają. Co istotne, agresywne mycie i mocne detergenty paradoksalnie nasilają problem, bo uszkadzają barierę i przyspieszają utlenianie. Szorowanie nie usuwa przyczyny, tylko ją napędza.

Do tego menopauza często zwiększa samą ilość potu, przez uderzenia gorąca i nocne poty, więc bakterie dostają po prostu więcej materiału do pracy. Co z tym zrobić praktycznie, zanim w ogóle pomyślimy o gabinecie? Najwięcej daje to, co chroni lipidy skóry przed utlenianiem: łagodne mycie, dbałość o barierę, sen, ograniczenie dymu tytoniowego, rozsądna dieta z antyoksydantami. To nie są spektakularne interwencje, ale działają na sam mechanizm, a nie na jego skutek. Perfumy i mocne dezodoranty robią coś przeciwnego: przykrywają zapach, nie dotykając tego, co go tworzy.

Warto przy tym zatrzymać się nad jedną rzeczą. Zapach skóry, który kobieta uważała za swój przez całe dorosłe życie, też był po części dziełem estrogenów. To one współtworzyły skład łoju, grubość bariery i równowagę flory, z których ten zapach powstawał. Kiedy hormonów ubywa, zmienia się nie tyle sama skóra, ile środowisko, które przez dekady nadawało jej rozpoznawalny ton. Dlatego tak wiele kobiet mówi nie „brzydko pachnę”, tylko „nie pachnę już jak ja”. I to drugie zdanie jest znacznie celniejsze.

Gdy beztlenowce przejmują kontrolę

Najwięcej dzieje się tam, gdzie najtrudniej o tym mówić, i tu zapach ma swoją bardzo konkretną biochemię. Przez całe lata rozrodcze pochwą rządzą pałeczki kwasu mlekowego, utrzymywane przy życiu przez estrogeny. To one nadają tej okolicy łagodny, swoisty, lekko kwaśny zapach, który większość kobiet zna jako po prostu swój własny.

Po menopauzie te bakterie tracą przewagę, a ich miejsce zajmują inne, głównie beztlenowe. I właśnie ta zamiana, a nie sam spadek hormonów, przestawia cały bukiet zapachowy. Beztlenowce pracują inaczej: zamiast łagodnego kwasu mlekowego wytwarzają więcej amin i lotnych kwasów tłuszczowych, związków o cięższym, bardziej wyrazistym charakterze. Stąd wrażenie, że zapach zrobił się inny, mocniejszy, czasem trudny do zaakceptowania. I tu pada najważniejsze zdanie, jakie mówię pacjentkom: to nie zawsze jest infekcja. Bardzo często to po prostu fizjologia menopauzy.

Granica między fizjologią a infekcją

Jedno zastrzeżenie jest tu ważne. Nagły, wyraźnie nieprzyjemny, rybi albo gnilny zapach, zwłaszcza z upławami, świądem czy pieczeniem, to sygnał, żeby najpierw wykluczyć infekcję, zanim cokolwiek się wdroży. Dopiero gdy to za nami, można spokojnie zająć się fizjologią.

Powrót do biologicznej równowagi

A fizjologia akurat tutaj jest dobrą wiadomością, bo bywa realnie odwracalna. Miejscowy estrogen odbudowuje nabłonek i przywraca glikogen, a wraz z nim pałeczki kwasu mlekowego i kwaśne pH, najwyraźniej u kobiet, które miały już wcześniej zaburzoną florę. Po kilku miesiącach część pacjentek zauważa nie tylko mniejszą suchość i mniej podrażnień, ale też bardziej znajomy, mniej drażniący zapach okolic intymnych. To nie jest główny cel terapii, lecz możliwy efekt odbudowy pH, nabłonka i mikrobiomu. Tam, gdzie hormony są przeciwwskazane lub niechciane, podobny kierunek dają preparaty nawilżające i wybrane probiotyki dopochwowe, choć słabiej i mniej trwale. Widuję kobiety, które przez rok zmieniały dezodoranty, mydła i płyny do higieny, przekonane, że to kwestia produktu, podczas gdy odpowiedź leżała kilka warstw głębiej, w pH i florze, których żaden żel nie był w stanie odbudować.

Zapach jako metaboliczny wskaźnik

Jest jeszcze jeden wątek, łatwy do przeoczenia, a należący do obesitologii. Insulinooporność i nadmiar tkanki tłuszczowej zmieniają skład potu oraz mikrobiom skóry, a w głębokich, ciepłych i wilgotnych fałdach sprzyjają namnażaniu bakterii i drożdżaków odpowiedzialnych za zapach. Do tego dochodzą przyczyny prozaiczne, o które zawsze pytam: tarczyca, bo zarówno nadczynność, przez wzmożoną potliwość, jak i niedoczynność, przez suchość skóry i zmianę jej bariery, mogą wpływać na zapach ciała, oraz leki, zwłaszcza część przeciwdepresyjnych, które potrafią nasilać poty. Dlatego u kobiety, która mówi „pachnę inaczej”, nie patrzę wyłącznie na skórę. Patrzę na hormony, metabolizm i to, co bierze. Bo zapach bywa pierwszym, najbardziej osobistym sygnałem, że rozregulowało się coś pod spodem, a nie tylko skóra. To akurat ten rodzaj sygnału, który łatwo zlekceważyć, a który u mnie uruchamia pełniejszą diagnostykę, bo rozregulowany metabolizm lepiej wychwycić wcześnie, przy okazji takiej rozmowy, niż później, przy poważniejszych następstwach.

Kiedy poskłada się to wszystko, widać, że to nie jest tak naprawdę temat o zapachu. To temat o biologicznej tożsamości ciała, o środowisku, które estrogeny budowały przez dekady na skórze, w fałdach i w śluzówkach. Zapach jest tylko najbardziej osobistym, najszybciej wyczuwalnym śladem tego, że to środowisko się zmienia. Może dlatego tak porusza, choć kobiety rzadko mówią o nim głośno.

Czego naprawdę szukam, i czego nie chcę leczyć

I tu dochodzimy do sedna. Zapach jest objawem, nie chorobą. Nie chcę leczyć zapachu. Chcę poprawić środowisko biologiczne tkanek, które przez trzydzieści lat było w dużej mierze kształtowane przez estrogeny. Kiedy to się udaje, zapach często staje się mniej intensywny, mniej drażniący albo bardziej znajomy dla pacjentki, jako efekt poprawy środowiska skóry i śluzówek, a nie leczenia samego zapachu.

Dlatego zaczynam od podstaw: na jakim etapie menopauzy jest pacjentka, czy ma objawy zespołu moczowo-płciowego, jak wygląda jej gospodarka metaboliczna, czyli glukoza, insulina, skład ciała z udziałem masy mięśniowej i tłuszczu trzewnego, a także tarczyca i przyjmowane leki. Jeśli problem dotyczy okolic intymnych, fundamentem jest miejscowy estrogen, najlepiej przebadana metoda o najsilniejszych dowodach. W części przypadków, zwłaszcza gdy dochodzi do wyraźnego zaniku i osłabienia tkanek, sięgam też po metody regeneracyjne wspierające odbudowę śluzówki. Nie zastępują one leczenia przyczynowego, ale mogą wspierać regenerację.

Jeśli problem dotyczy skóry całego ciała, myślę o jej biologii, a nie o samym zapachu. Łagodne, nieuszkadzające bariery mycie zamiast agresywnych detergentów. Odbudowa bariery i nawilżenie. Sen, który daje skórze czas na nocną regenerację. Wyrównanie metabolizmu, bo mniej stanu zapalnego i lepsza kontrola glikemii to także zdrowsza, sprawniejsza skóra. To wszystko działa na samą biologię narządu, a zapach jest tylko jednym z jego sygnałów, nie celem leczenia.

Typowa pacjentka, która siada naprzeciwko mnie z tym tematem, ma około pięćdziesięciu pięciu lat i mówi zwykle nie o jednym objawie, lecz o kilku naraz: inny zapach, suchość, częstsze infekcje, bardziej sucha skóra. Dla mnie to nie pięć osobnych spraw, tylko jeden obraz. Zaczynam od fundamentu, czyli od hormonów, śluzówki i metabolizmu, a dopiero potem, jeśli trzeba, sięgam po wsparcie regeneracyjne. Zapach poprawia się zwykle po drodze, nie jako cel, lecz jako skutek.

Pacjentki przychodzą z pozornie błahą sprawą, a wychodzą z czymś większym: ze zrozumieniem, że ich ciało nie zawiodło ani się nie zaniedbało, tylko zmieniło środowisko, w którym żyło od trzydziestu lat. Zapach jest tego cichym znacznikiem, jednym z wielu. Można go zagłuszać kolejnym dezodorantem albo potraktować jako informację i sięgnąć głębiej. Ta druga droga jest trudniejsza, bo wymaga rozmowy o rzeczach intymnych i cierpliwości na kilka miesięcy, ale jako jedyna dotyka przyczyny. Bo kiedy poprawimy środowisko śluzówki i skóry, zapach często staje się mniej intensywny albo mniej obcy, nie dlatego, że leczymy sam zapach, lecz dlatego, że wpływamy na jego biologiczne źródła.

Dr n. med. Arleta Szczęsna – specjalistka ginekologii i położnictwa oraz specjalistka endokrynologii, obesitologii, założycielka Kliniki Słowiańskiej i Centrum Menopauzy w Poznaniu.

Ma ponad 25-letnie doświadczenie zawodowe jako lekarz oraz 20-letnie doświadczenie kliniczne w opiece nad zdrowiem kobiet. Szczególnym obszarem jej pracy jest menopauza, zdrowie hormonalne kobiet oraz wpływ zmian hormonalnych na metabolizm, zdrowie serca, skład ciała, funkcje poznawcze i jakość życia.

Od wielu lat zajmuje się również medycyną zdrowia intymnego kobiet, w tym ginekologią regeneracyjną i nowoczesnymi metodami wspierającymi funkcje oraz komfort okolic intymnych na różnych etapach życia.

Jest lekarzem certyfikowanym przez Polskie Towarzystwo Leczenia Otyłości w zakresie kompleksowego leczenia choroby otyłościowej.

Jej podejście opiera się na przekonaniu, że menopauza nie jest końcem aktywności, sprawczości ani dobrego samopoczucia, ale momentem, który wymaga mądrej, indywidualnej i uważnej opieki lekarskiej.

Informacje zawarte w artykułach mają charakter edukacyjny i nie zastępują indywidualnej konsultacji lekarskiej.

Czas Działać!

Im wcześniej zaczniesz obserwować swoje ciało,
tym łatwiej zadbać o wewnętrzną równowagę.