Kieliszek wina na koniec dnia to jeden z najłagodniejszych rytuałów, jakie znamy. Ma rozluźnić po pracy, wyciszyć przed snem, dać pół godziny, w którym nikt niczego nie chce. Rozumiem to doskonale i nie zamierzam nikogo z tego rytuału wypisywać. Chcę tylko opowiedzieć, co naprawdę dzieje się w ciele kobiety po pięćdziesiątce, kiedy ten kieliszek staje się codzienny, bo w menopauzie jego cena bywa wyższa, niż się wydaje, i płacona w miejscach, których z winem prawie nikt nie łączy: we śnie, w hormonach, w talii i w skórze.
Paradoks polega na tym, że bardzo często kobieta sięga po wino właśnie z powodu menopauzy, po nieprzespanych nocach, przy napięciu i przebodźcowaniu, w nadziei, że to pomoże jej zasnąć. I rzeczywiście, alkohol skraca czas zasypiania. Tyle że nie wycisza układu nerwowego na całą noc, a jedynie odracza jego pobudzenie na drugą połowę, kiedy jest znacznie trudniej je znieść.
To, co przy winie wygląda na jeden temat, w gabinecie rozpada się na kilka. Jako ginekolog i endokrynolog patrzę na hormony, sen, kortyzol i cukier, jako obesitolog na tłuszcz trzewny i tempo metabolizmu. Alkohol jest akurat tą substancją, która dotyka wszystkich tych warstw naraz, i dlatego rozmawiam o nim częściej, niż można by przypuszczać przy sprawie tak prozaicznej jak kieliszek do kolacji.
Zaznaczę od razu, żeby nie było nieporozumień. Nie chodzi o to, że pojedyncza lampka wina od czasu do czasu zrujnuje sen, skórę czy metabolizm. Problem zaczyna się wtedy, gdy alkohol staje się codziennym sposobem regulowania napięcia, zasypiania i nagradzania się po trudnym dniu, bo to, co rzadkie, organizm znosi spokojnie, a to, co codzienne, zaczyna kształtować jego biologię.
Z badań nad architekturą snu wynika dość spójny obraz. Alkohol działa jak środek uspokajający: pozwala szybciej odpłynąć, początkowo pogłębia sen wolnofalowy, daje złudzenie głębokiego odpoczynku. Problem zaczyna się kilka godzin później, kiedy organizm metabolizuje ostatni kieliszek. Tłumiona wcześniej faza REM bywa wtedy zaburzona, rośnie aktywność układu współczulnego i poziom kortyzolu, a sen w drugiej połowie nocy staje się płytki, bardziej poszarpany mikrowybudzeniami i mniej regenerujący. U części kobiet pojawia się przy tym kołatanie serca albo uczucie wewnętrznego pobudzenia.
To dlatego tak wiele kobiet zna ten scenariusz: zasnęła łatwo, a o trzeciej, czwartej nad ranem leży z otwartymi oczami, z kołataniem serca, czasem zlana potem, i nie potrafi już zasnąć. Do tego alkohol działa moczopędnie, więc dokłada wybudzenia na pełny pęcherz. Po menopauzie sen i tak jest kruchy, bo z wiekiem ubywa snu głębokiego, a uderzenia gorąca rwą noc na kawałki. Wino nie naprawia tego mechanizmu, tylko dorzuca do niego własny. Rano kobieta ma wrażenie, że spała, ale nie że odpoczęła.
W gabinecie słyszę to niemal tymi samymi słowami: zasypiam bez trudu, ale rozpada mi się noc. A to właśnie druga połowa snu, ta bogata w REM, porządkuje emocje i pomaga regulować hormony głodu i sytości. Kiedy jej brakuje, następnego dnia kobieta jest nie tylko zmęczona, ale i bardziej rozdrażniona, bardziej głodna, mniej odporna na kolejną falę gorąca. Tak domyka się błędne koło: gorzej przespana noc nasila objawy, a nasilone objawy każą znów sięgnąć po cokolwiek, najczęściej węglowodany bo obiecują chwilowe wyciszenie.
Tu trzeba być uczciwym, bo dane nie są w pełni zgodne. Część badań nie znajduje wyraźnego związku, ale większość wskazuje, że u wielu kobiet alkohol bywa wyzwalaczem uderzeń gorąca i nocnych potów, i to w sposób zależny od dawki: im więcej, tym częściej. Mechanizm jest sensowny. Alkohol rozszerza naczynia i podnosi temperaturę skóry, a w menopauzie strefa, w której organizm czuje się komfortowo cieplnie, i tak jest zawężona, więc o wytrącenie z równowagi łatwiej. Dokłada się do tego nocne pobudzenie układu nerwowego i hormonalnego, które u części kobiet może sprzyjać kolejnej fali gorąca. Kobieta, która wypija lampkę, żeby ochłonąć z napięcia, bywa więc tą samą, którą o trzeciej budzą poty.
Tu wchodzi obesitologia i tu zaczyna się rozmowa, której pacjentki nie lubią najbardziej. Lampka wina to około stu dwudziestu do stu pięćdziesięciu kilokalorii, a prosecco czy słodsze wina bywają kaloryczniejsze. Pojedynczo to niewiele. Pomnożone przez codzienny wieczór robi się z tego kilka tysięcy dodatkowych kilokalorii w miesiącu, w okresie, w którym metabolizm i tak zwalnia, a spadek estradiolu przesuwa odkładanie tłuszczu w stronę brzucha, do trzewnej, tej najbardziej niewdzięcznej okolicy.
Gorsze jest jednak co innego. Organizm nie ma gdzie magazynować alkoholu, więc traktuje go priorytetowo. Wątroba odkłada na bok spalanie tłuszczu i zajmuje się najpierw rozłożeniem etanolu, bo to dla niej substancja, której trzeba się pozbyć. Przez te godziny organizm przesuwa priorytety metaboliczne: zamiast spalać tłuszcz, najpierw musi poradzić sobie z etanolem. Nie znaczy to, że jeden kieliszek przekreśla cały wysiłek, bo to byłaby przesada. Znaczy to, że codzienny wieczorny rytuał potrafi konsekwentnie działać pod prąd staraniom, których kobieta nie rozumie: trzyma dietę, ćwiczy, a brzuch nie odpuszcza. Czasem brakującym elementem tej układanki jest właśnie to, co wydaje się najbardziej niewinne.
Warto przy tym wiedzieć, dlaczego akurat tłuszcz trzewny budzi we mnie czujność. To nie jest kwestia sylwetki, lecz metabolizmu, bo ta głęboka tkanka jest aktywna hormonalnie, podsyca stan zapalny i pogarsza gospodarkę cukrową. W analizie składu ciała widać to czasem czarno na białym: masa ciała stoi w miejscu, a tłuszcz trzewny powoli rośnie. U pacjentki, która z rozżaleniem mówi, że robi wszystko, a brzuch nie odpuszcza, jednym z elementów, o który dopytuję spokojnie i bez oceniania, jest właśnie ten wieczorny kieliszek.
Jest też temat, którego jako ginekolog nie mogę pominąć, choć rzadko pada przy kieliszku. Alkohol zalicza się do uznanych czynników ryzyka raka piersi, a ryzyko to rośnie wraz z dawką już od niewielkich ilości, nie dopiero przy nadużywaniu. Mechanizm ma dwie strony. Alkohol przejściowo podnosi poziom estrogenów, a większość raków piersi jest estrogenozależna. Do tego jego metabolit, aldehyd octowy, jest substancją uszkadzającą komórki. To nie jest powód, żeby straszyć, tylko żeby wiedzieć, bo dawny obraz „lampki wina dobrej na serce” jest dziś coraz mocniej kwestionowany, a akurat w kontekście piersi nauka jest tu zaskakująco spójna. Każda kobieta ma prawo podjąć własną decyzję, ale powinna podejmować ją z pełną informacją, a nie z połową.
Pytają mnie czasem, jak to się ma do terapii hormonalnej, którą same rozważają. To dobre pytanie i dobrze pokazuje, jak te decyzje się zazębiają. Dobrze dobrana, monitorowana terapia estrogenowa to inna sytuacja niż codzienny alkohol, który dorzuca własne, niekontrolowane wahania hormonalne i własny czynnik uszkadzający komórki. Dlatego o jedno i o drugie pytam w tej samej rozmowie, bo całą tę mapę staram się trzymać w głowie naraz, zamiast oglądać każdy jej fragment osobno.
Wraca tu też ulubiony argument: przecież w krajach śródziemnomorskich piją wino codziennie i dożywają późnej starości. Tyle że to, co im naprawdę służy, to najpewniej całość stylu życia, ruch, sposób odżywiania, słońce i bliskie więzi, a nie sam alkohol. Jego rzekomo korzystny wpływ na serce w nowszych analizach okazał się w dużej mierze pozorny, zawyżony przez to, że dawniej do grup niepijących wrzucano także osoby, które przestały pić z powodu choroby. Kiedy policzono to uczciwiej, ochronny efekt w sporej części się rozpłynął.
Na koniec skóra, o której pisałam już osobno, bo wino spina się z tym, co menopauza i tak z nią robi. Alkohol odwadnia, nasila stres oksydacyjny i rozszerza naczynia, stąd ten matowy, szarawy, lekko nabrzmiały wygląd nazajutrz. Co ważniejsze, najlepszą naprawę skóra prowadzi w nocy, a to właśnie noc po winie jest najbardziej rozregulowana, więc okno regeneracji się kurczy. W przypadku słodszych win i drinków dochodzi jeszcze większy ładunek cukru, który może sprzyjać glikacji i pogarszać jakość kolagenu. Dołóżmy do tego przewlekły, niski stan zapalny, a otrzymamy proces, który po prostu przyspiesza zewnętrzne i wewnętrzne wysychanie tkanek, o którym mówiłam przy śluzówkach. Jeden wieczór tego nie zrobi. Lata wieczorów owszem.
Kilka rzeczy podpowiadam pacjentkom niemal rutynowo. Po pierwsze, nie traktować alkoholu jako leku na sen, bo akurat w tej roli sprawdza się najgorzej. Po drugie, jeśli już, to nie tuż przed snem, lecz z kilkugodzinnym odstępem, żeby metabolizm zdążył sobie poradzić, zanim położymy się spać. Po trzecie, warto zrobić sobie prosty test: przez dwa, trzy tygodnie wyraźnie ograniczyć alkohol i sprawdzić, czy nocne poty, wybudzenia, poranny obrzęk twarzy i masa ciała nie zmieniają się na lepsze. To bywa bardziej przekonujące niż jakikolwiek wykład. I wreszcie, codzienny kieliszek to coś zupełnie innego niż wino wypite okazjonalnie przy kolacji, więc warto te dwie sytuacje rozdzielić w głowie. U kobiet z podwyższonym ryzykiem raka piersi, obciążonym wywiadem rodzinnym, otyłością brzuszną albo nasilonymi objawami menopauzy temat alkoholu szczególnie warto spokojnie omówić z lekarzem.
Nie piszę tego, żeby kogokolwiek pouczać, i sama dobrze wiem, jak kuszący potrafi być kieliszek po długim dniu. Piszę jako endokrynolog, który zna cenę, jaką w tym konkretnym okresie życia płaci za niego ciało. To nie jest opowieść o całkowitym zakazie, lecz o świadomości. Kieliszek od święta i kieliszek każdego wieczoru to z punktu widzenia biologii dwie zupełnie różne historie. W menopauzie ciało staje się bardziej wrażliwe na to, co wcześniej znosiło bez protestu. Dlatego chodzi o odzyskanie wyboru: mniej automatyzmu, więcej świadomości. Czasem właśnie ta jedna zmiana, rzadziej, wcześniej, mniej, wystarcza, żeby noc była spokojniejsza, brzuch mniej oporny, a twarz rano wyglądała bardziej jak po odpoczynku niż po walce z własnym układem nerwowym.
Dr n. med. Arleta Szczęsna – specjalistka ginekologii i położnictwa oraz specjalistka endokrynologii, obesitologii założycielka Kliniki Słowiańskiej i Centrum Menopauzy w Poznaniu.
Ma ponad 25-letnie doświadczenie zawodowe jako lekarz oraz 20-letnie doświadczenie kliniczne w opiece nad zdrowiem kobiet. Szczególnym obszarem jej pracy jest menopauza, zdrowie hormonalne kobiet oraz wpływ zmian hormonalnych na metabolizm, zdrowie serca, skład ciała, funkcje poznawcze i jakość życia.
Od wielu lat zajmuje się również medycyną zdrowia intymnego kobiet, w tym ginekologią regeneracyjną i nowoczesnymi metodami wspierającymi funkcje oraz komfort okolic intymnych na różnych etapach życia.
Jest lekarzem certyfikowanym przez Polskie Towarzystwo Leczenia Otyłości w zakresie kompleksowego leczenia choroby otyłościowej.
Jej podejście opiera się na przekonaniu, że menopauza nie jest końcem aktywności, sprawczości ani dobrego samopoczucia, ale momentem, który wymaga mądrej, indywidualnej i uważnej opieki lekarskiej.
Informacje zawarte w artykułach mają charakter edukacyjny i nie zastępują indywidualnej konsultacji lekarskiej.