Masz pytania?
Zadaj nam pytanie
28 września 2026 • Czas czytania: 12 minut

Pożądanie w menopauzie. Najpierw hamulce, potem gaz

Dlaczego spadek ochoty rzadko ma jedną przyczynę i dlaczego testosteron nie jest pierwszym krokiem

Dwie liczby opisują ten problem lepiej niż jakikolwiek wstęp. W jednym z badań ankietowych aż 98 procent kobiet w średnim wieku miało pytania albo trudności związane ze sferą seksualną. I tylko 18 procent lekarzy kiedykolwiek samo poruszyło temat życia seksualnego pacjentki. Cała reszta tej historii rozgrywa się w ciszy: po jednej stronie kobieta przekonana, że tak widocznie musi być, po drugiej gabinet, w którym nikt nie zapytał.

Za tą ciszą kryje się zwykle jedno krótkie zdanie, „Nie mam już ochoty”, a za nim kilkanaście możliwych przyczyn, z których większość umiemy leczyć: zmiany hormonalne, suchość i ból, leki przyjmowane na coś zupełnie innego, przewlekły stres, niewyspanie, napięcia w związku, zdrowie partnera, obraz własnego ciała. Pożądanie nie jest pojedynczym odruchem, który psuje się w jednym miejscu, lecz układem, w którym jednocześnie działa gaz i hamulec. I bardzo często problemem nie jest brak gazu, tylko mocno wciśnięty hamulec.

Ten tekst jest o tym, jak ten układ działa, co go blokuje i dlaczego testosteron, o który pacjentki pytają dziś coraz częściej, może być ważnym elementem terapii, ale nie jest pierwszym krokiem.

dr n. med. Arleta Szczęsna Poznań dr n. med. Arleta Szczęsna Ginekolog, endokrynolog, położnik, obesitolog. Założycielka Kliniki Słowiańskiej

Poniższy materiał ma charakter edukacyjny. Nie stanowi porady medycznej ani zachęty do konkretnej terapii. Każda decyzja diagnostyczno-terapeutyczna powinna być podejmowana indywidualnie z lekarzem.

Seksualność nie ma terminu ważności

Zacznijmy od liczb, które przeczą stereotypowi. Z badań ankietowych prowadzonych wśród kobiet w średnim i starszym wieku wynika, że około 60 procent kobiet po sześćdziesiątce pozostaje aktywnych seksualnie, a aktywność, w naturalnie zmieniającej się formie, trwa u wielu kobiet także po siedemdziesiątce. Seksualność pozostaje ważną częścią życia również po menopauzie i obejmuje znacznie więcej niż samo współżycie: bliskość, dotyk, poczucie atrakcyjności, jakość relacji.

Jednocześnie problemy w tej sferze są bardzo częste: trudności dotyczące pożądania, podniecenia, satysfakcji albo bólu zgłasza, zależnie od badania, od 40 do ponad 50 procent kobiet w wieku około- i pomenopauzalnym. W praktyce tylko mniej więcej co piąta pacjentka po pięćdziesiątce rozmawia o swoim życiu seksualnym z lekarzem, choć znacznie więcej ma realny problem.

Jest w tych danych jeszcze jeden ciekawy paradoks: częstość obniżonego pożądania rośnie z wiekiem, ale cierpienie z tego powodu wcale nie rośnie równolegle, a u części kobiet wręcz maleje. I to jest w porządku, bo w medycynie zaburzeniem nazywamy dopiero stan, który utrzymuje się przez wiele miesięcy i powoduje autentyczne cierpienie albo napięcie w relacji. Nie każdą zmianę trzeba leczyć. Ale każdą, która boli, warto przynajmniej omówić.

Ta luka w rozmowie ma swoje przyczyny po obu stronach. Kobiety często zakładają, że ból przy współżyciu jest po menopauzie normalny, że skutecznego leczenia nie ma, albo wstydzą się zacząć. Lekarze nie pytają, bo brakuje czasu, języka, czasem odwagi. Skutki są bardzo konkretne: nieleczone dolegliwości, narastający lęk, unikanie bliskości, napięcia w związku, gorszy nastrój. Dlatego w gabinecie rozmowa o zdrowiu seksualnym jest standardową częścią opieki nad kobietą w okresie menopauzy, tak samo jak pytanie o sen czy ciśnienie. Nie trzeba czekać, aż odważymy się same.

Gaz i hamulec, czyli jak naprawdę działa pożądanie

W dużym uproszczeniu mózg reguluje pożądanie dwoma zestawami sygnałów. Są sygnały pobudzające, w których główną rolę grają dopamina, noradrenalina i oksytocyna, oraz sygnały hamujące, za które odpowiadają między innymi serotonina i kora przedczołowa, czyli ta część mózgu, która analizuje, planuje, martwi się i pilnuje listy zadań. Ochota na bliskość pojawia się wtedy, gdy szala przechyla się na stronę pobudzenia. Zmęczenie, stres, ból, lęk przed bólem, poczucie bycia nieatrakcyjną, nierozwiązany konflikt z partnerem: każda z tych rzeczy dociska hamulec, niezależnie od tego, ile gazu mamy do dyspozycji.

Druga rzecz, którą warto wiedzieć, dotyczy samego przebiegu kobiecej reakcji seksualnej. Współczesne modele pokazują, że u wielu kobiet, zwłaszcza w długich związkach i w okresie menopauzy, pożądanie wcale nie musi pojawiać się spontanicznie, z niczego. Częstym i całkowicie prawidłowym wzorcem jest pożądanie responsywne: najpierw jest decyzja o otwartości na bliskość, potem przyjemne bodźce i podniecenie, a ochota dołącza w trakcie. Wiele pacjentek odczuwa ogromną ulgę, słysząc, że brak spontanicznej „iskry” nie oznacza, że coś jest z nimi nie tak. To nie defekt. To fizjologia dojrzałej seksualności.

Z tego modelu płynie praktyczny wniosek, który bywa dla par wyzwalający: bliskość można planować i to nie odbiera jej wartości. Skoro ochota często dołącza w trakcie, czekanie tygodniami na spontaniczny impuls jest strategią skazaną na frustrację. Zadbany wieczór, czas bez telefonów, czułość bez presji na konkretny finał: to warunki, w których układ pobudzenia w ogóle ma szansę dojść do głosu, a nie dowód wygasłego uczucia.

Co najczęściej wciska hamulec po menopauzie

Na pierwszym miejscu wymieniłabym zespół moczowo-płciowy menopauzy. Spadek estrogenów ścieńcza nabłonek pochwy i sromu, zmniejsza elastyczność i nawilżenie tkanek, sprzyja pieczeniu, suchości, mikrourazom, bólowi przy współżyciu i nawracającym infekcjom dróg moczowych. I tu zaczyna się błędne koło, które widzę w gabinecie nieustannie: bolesne doświadczenie zwiększa lęk przed kolejnym zbliżeniem, lęk prowadzi do unikania bliskości, a unikanie i napięcie dodatkowo obniżają pożądanie. Nikt nie ma ochoty na coś, co boli przed w trakcie lub po. To nie jest problem „w głowie”. To problem w tkankach, który wtórnie zajmuje głowę.

Drugi wielki obszar to sen i nastrój. Nocne poty rozbijają sen, niewyspanie obniża nastrój i energię, a obniżony nastrój i lęk należą do najsilniejszych hamulców pożądania. Trzeci obszar to leki i tu lista jest dłuższa, niż większość pacjentek podejrzewa. Część leków przeciwdepresyjnych z najczęściej stosowanych grup obniża libido i utrudnia orgazm, choć istnieją też przeciwdepresyjne o neutralnym, a nawet korzystnym wpływie na pożądanie, więc bywa o czym rozmawiać z psychiatrą. Niektóre leki na nadciśnienie zmniejszają ukrwienie okolic intymnych, część leków psychiatrycznych podnosi wyciszającą pożądanie prolaktynę, a przeciwhistaminowe, brane latami z powodu alergii, nasilają suchość śluzówek. Doustne estrogeny zwiększają z kolei w wątrobie produkcję białka wiążącego hormony płciowe i obniżają pulę wolnego testosteronu. I ciekawostka, która zaskakuje wiele par: alkohol, po który sięgamy „dla rozluźnienia”, w praktyce opóźnia orgazm u obu płci. Zmiana leczenia zawsze należy do lekarza prowadzącego, ale zasada jest jedna: zanim uznamy, że winna jest menopauza, przeglądamy listę leków.

Osobno wspomnę o obrazie własnego ciała i obciążeniu życiem. Środek życia to często opieka nad rodzicami, dorastające dzieci i szczyt odpowiedzialności zawodowej; przeciążony układ nerwowy traktuje bliskość jak kolejne zadanie, a zmieniające się ciało bywa źródłem wstydu zamiast przyjemności. Do tego choroby przewlekłe i ich leczenie: niedoczynność tarczycy, cukrzyca, depresja, nietrzymanie moczu. Razem tworzą hamulec, którego żaden hormon sam nie zwolni.

I wreszcie relacja. Seksualność zawsze istnieje w kontekście związku. Dystans emocjonalny, nierozwiązane konflikty, brak rozmowy, ale też zdrowie partnera: problemy z erekcją, często związane z nadciśnieniem, cukrzycą, otyłością czy bezdechem sennym, potrafią zmienić życie intymne pary bardziej niż jakikolwiek hormon. Dlatego dobra diagnostyka spadku pożądania obejmuje ciało, leki, sen, psychikę i relację. Biologia sama nie tłumaczy wszystkiego.

Najpierw zdejmujemy nogę z hamulca

Z tego wszystkiego wynika kolejność postępowania, którą streszczam pacjentkom jednym zdaniem: najpierw hamulce, potem gaz.

Pierwszy poziom jest dostępny od zaraz i kryje kilka praktycznych niuansów. Lubrykant i nawilżacz dopochwowy to nie to samo: lubrykant zmniejsza tarcie w trakcie zbliżenia, nawilżacz stosuje się regularnie, codziennie lub dwa do trzech razy w tygodniu, żeby poprawić kondycję śluzówki na co dzień. Przy bólu lepiej sprawdzają się zwykle preparaty silikonowe niż wodne, a preparaty z kwasem hialuronowym mogą zmniejszać suchość, w części badań z poprawą porównywalną z estrogenem dopochwowym, choć baza dowodów dla estrogenu jest większa; unikać warto za to produktów drażniących i „rozgrzewających”. Preparaty bez recepty łagodzą objawy, ale nie leczą samego zaniku śluzówki, więc przy nasilonych zmianach potrzebna jest miejscowa terapia dopochwowa małymi dawkami estrogenów lub innych preparatów o działaniu miejscowym: leczy ona suchość, pieczenie i ból, przerywa cykl bólu i unikania, daje znikomą ekspozycję ogólnoustrojową i u większości kobiet może być stosowana długotrwale. Jak każde leczenie, także to dobiera się indywidualnie; osobnej, spokojnej rozmowy wymaga sytuacja kobiet po nowotworach hormonozależnych. Coraz mocniejszą pozycję ma też fizjoterapia dna miednicy, zwłaszcza gdy do bólu dołączyło odruchowe napinanie mięśni; w zaburzeniach przebiegających z bólem, nadmiernym napięciem mięśni dna miednicy lub lękiem przed penetracją najlepiej sprawdza się leczenie wielodyscyplinarne, łączące fizjoterapię, terapię miejscową i, gdy jest potrzebna, pracę psychologiczną lub seksuologiczną. Metody psychologiczne mają tu zresztą mocne dowody, z terapią poznawczo-behawioralną na czele, i działają także online. U kobiet z nasilonymi objawami ogólnymi rozważamy oczywiście pełną terapię hormonalną, która poprawia sen, objawy naczynioruchowe i komfort życia, a przez to pośrednio także sferę intymną. Równolegle przeglądamy listę leków, pracujemy nad snem, a gdy w tle jest temat relacji, zachęcam do rozmowy z partnerem, czasem do konsultacji seksuologicznej lub terapii pary. Dopiero gdy tkanki są w dobrej kondycji, sen się poprawił, a leki nie sabotują libido, możemy rzetelnie ocenić, czy problemem pozostaje samo pożądanie.

Ważne jest też to, że w trudniejszych sytuacjach najlepiej działa opieka łączona: leczenie tkanek plus praca nad snem i nastrojem plus wsparcie relacji daje lepsze wyniki niż jakakolwiek pojedyncza metoda. Spadek pożądania rzadko ma jedną przyczynę, więc rzadko ma też jedno lekarstwo. To nie jest wada tej dziedziny medycyny. To jej realizm.

To brzmi mniej efektownie niż recepta na hormon młodości. Ale to właśnie ta kolejność najczęściej przynosi trwałą poprawę.

Testosteron: ważny, ale nie pierwszy

Teraz o hormonie, o który pytają pacjentki coraz częściej. Testosteron nie jest u kobiet hormonem egzotycznym: jest naturalnie obecny przez całe życie i oddziałuje na wiele tkanek, od mózgu po mięśnie i kości, choć rola fizjologiczna to co innego niż wskazanie do leczenia. Jego stężenia obniżają się stopniowo już od czwartej dekady życia, głównie wskutek zmniejszania produkcji androgenów nadnerczowych, a u kobiet po pięćdziesiątce poziom wolnego testosteronu może być nawet o połowę niższy niż w młodości. Menopauza ten proces uwypukla, ale nie powoduje gwałtownego spadku z dnia na dzień. To ważne, bo oznacza, że sam wynik badania nigdy nie wystarcza do rozpoznania: nie leczymy liczby, leczymy kobietę i jej realny problem.

Kiedy terapia testosteronem ma sens? Obecnie jedynym wskazaniem potwierdzonym w badaniach klinicznych i zalecanym przez międzynarodowe towarzystwa jest hipoaktywny popęd seksualny po menopauzie: utrwalony, wyraźnie obniżony poziom pożądania, który powoduje cierpienie i negatywnie wpływa na jakość życia, po wykluczeniu i zaopiekowaniu innych przyczyn, o których pisałam wyżej. W praktyce klinicznej część kobiet zgłasza w trakcie leczenia również poprawę witalności, jasności myślenia czy siły, i ja tych relacji nie lekceważę, ale uczciwość wymaga powiedzenia, że te obszary nie stanowią dziś samodzielnego wskazania, bo entuzjazm wyprzedza tu jeszcze dowody.

Międzynarodowe zalecenia dodają jeszcze jedną wskazówkę co do kolejności: u kobiety z objawami menopauzy najpierw warto sprawdzić, co da dobrze dobrana terapia hormonalna, a testosteron dołączać dopiero wtedy, gdy pożądanie pozostaje problemem mimo niej. Istnieją też leki działające ośrodkowo na pożądanie, o które pacjentki pytają po lekturze zagranicznych stron. Ich wskazania różnią się zależnie od preparatu i kraju; przykładowo w Stanach Zjednoczonych flibanseryna została w grudniu 2025 roku zarejestrowana także dla kobiet po menopauzie poniżej 65. roku życia z nabytym, uogólnionym obniżeniem pożądania. W Europie leki te na razie nie mają rejestracji, nie są stosowane rutynowo u każdej kobiety ze spadkiem libido, a każdą decyzję poprzedza ocena innych możliwych przyczyn.

Jeśli decydujemy się na leczenie testosteronem, robimy to porządnie. Przed rozpoczęciem oznaczamy testosteron całkowity i białko wiążące hormony płciowe, żeby wykluczyć stany nadmiaru androgenów i mieć punkt odniesienia. Same wyniki nie służą jednak do rozpoznawania zaburzenia pożądania ani do ustalania wskazania, bo nie istnieje wartość testosteronu, poniżej której można je rozpoznać. Rozpoznanie stawia się na podstawie rozmowy, nie laboratorium. Stosujemy dawki, które utrzymują stężenie testosteronu w zakresie fizjologicznym dla kobiet; gdy preparat zarejestrowany dla kobiet nie jest dostępny, wytyczne dopuszczają ostrożne stosowanie odpowiednio zmniejszonej dawki preparatu przezskórnego przeznaczonego dla mężczyzn. Pierwszą kontrolę testosteronu całkowitego wykonujemy już po około trzech do sześciu tygodni od rozpoczęcia leczenia, żeby wykluczyć nadmierną ekspozycję, a po ustaleniu stabilnej dawki kontrole powtarzamy zwykle co trzy do sześciu miesięcy. Najczęstsze możliwe skutki uboczne są łagodne i zwykle ustępują po zmniejszeniu dawki: delikatnie zwiększone owłosienie, trądzik, przetłuszczanie się skóry. Te poważniejsze, jak obniżenie głosu, przerost łechtaczki czy łysienie są przy prawidłowym prowadzeniu rzadkie, ale istnieją i pacjentka ma prawo o nich wiedzieć. Uczciwie trzeba też powiedzieć o dwóch realiach. Efekt nie przychodzi z dnia na dzień: na ocenę działania potrzeba zwykle kilku tygodni, a jeśli po pół roku nie ma wyraźnej korzyści, leczenie się kończy; terapia ma więc wbudowany punkt kontrolny i nie jest zobowiązaniem na zawsze. W większości krajów, w tym w Polsce, preparaty testosteronu nie mają przy tym rejestracji dla kobiet, więc stosuje się je poza wskazaniami rejestracyjnymi, w dawkach około dziesięciokrotnie niższych niż męskie, co zalecenia wprost dopuszczają, ale wymaga to również lekarza, który wie, co robi. Dobrze prowadzona terapia testosteronem to precyzyjne narzędzie z monitoringiem, a nie modny dodatek do suplementacji.

Jak ta rozmowa wygląda w gabinecie

Zaczynam prosto: mówię, że o zdrowie seksualne pytam wszystkie moje pacjentki, i pytam, czy możemy poświęcić temu chwilę. To jedno zdanie normalizuje temat skuteczniej niż jakakolwiek broszura, bo przenosi ciężar z pacjentki na standard opieki. Nikt nie musi się tłumaczyć, dlaczego o tym mówi. To ja zaczęłam.

Opowiem o pacjentce, którą można spotkać w każdym gabinecie ginekologicznym. Pięćdziesiąt jeden lat, przyszła na zwykłą kontrolę. Miesiączki ustały ponad rok temu. Dopiero pod koniec wizyty, zapytana wprost o komfort życia intymnego, przyznała, że od dawna unika bliskości z mężem, z którym jest od dwudziestu lat, bo współżycie zaczęło boleć, a ochota zniknęła. Była przekonana, że to po prostu część starzenia się i że z takimi sprawami nie przychodzi się do lekarza.

Nie zaczęłyśmy od testosteronu. Zaczęłyśmy od terapii miejscowej na suchość i ból, od kilku sesji fizjoterapii dna miednicy i od rozmowy o śnie rozbijanym nocnymi potami.

A potem historia się skomplikowała, jak to w życiu. Pacjentka wróciła po kilku tygodniach z nową informacją: jej mąż od dłuższego czasu sam wycofywał się z bliskości, bo zmagał się z zaburzeniami erekcji, o których nie umiał rozmawiać. „Zaczęłam się zastanawiać, czy ten problem w ogóle był mój” powiedziała. Częściowo był, bo ból i suchość były realne. Ale częściowo nie, i to jest lekcja warta zapamiętania: tam, gdzie kobieta żyje w związku i chce włączyć w leczenie partnera, warto patrzeć na parę, nie tylko na pojedynczą osobę. Nieleczone problemy seksualne partnera potrafią po cichu unieważnić każde leczenie kobiety, a męskie zaburzenia erekcji często sygnalizują przy okazji nadciśnienie, cukrzycę albo bezdech senny. W tej historii przełomem okazało się jedno wspólne spotkanie i skierowanie męża do urologa. Po trzech miesiącach ból ustąpił, komfort wrócił, a wraz z bliskością, stopniowo, ochota. Gdyby nie wróciła mimo zaopiekowania wszystkich hamulców, mielibyśmy na stole rozmowę o testosteronie, z badaniami przed i kontrolą w trakcie. U części moich pacjentek taka terapia działa naprawdę dobrze. Ale działa najlepiej właśnie wtedy, gdy jest ostatnim elementem układanki, a nie pierwszym odruchem.

I jeszcze jedno, co mówię każdej kobiecie, która odważyła się zacząć tę rozmowę: dobrze, że pani o tym powiedziała. Spadek pożądania po menopauzie jest częsty, ma swoje przyczyny i w ogromnej większości przypadków da się z nim coś zrobić. Wstyd jest w tej historii jedynym elementem, który na pewno nie leczy.

Poradnik Klinika Słowiańska w Poznaniudr n. med. Arleta Szczęsna

Dr n. med. Arleta Szczęsna – specjalistka ginekologii i położnictwa oraz specjalistka endokrynologii, obesitologii, założycielka Kliniki Słowiańskiej i Centrum Menopauzy w Poznaniu.

Ma ponad 25-letnie doświadczenie zawodowe jako lekarz oraz 20-letnie doświadczenie kliniczne w opiece nad zdrowiem kobiet. Szczególnym obszarem jej pracy jest menopauza, zdrowie hormonalne kobiet oraz wpływ zmian hormonalnych na metabolizm, zdrowie serca, skład ciała, funkcje poznawcze i jakość życia.

Od wielu lat zajmuje się również medycyną zdrowia intymnego kobiet, w tym ginekologią regeneracyjną i nowoczesnymi metodami wspierającymi funkcje oraz komfort okolic intymnych na różnych etapach życia.

Jest lekarzem certyfikowanym przez Polskie Towarzystwo Leczenia Otyłości w zakresie kompleksowego leczenia choroby otyłościowej.

Jej podejście opiera się na przekonaniu, że menopauza nie jest końcem aktywności, sprawczości ani dobrego samopoczucia, ale momentem, który wymaga mądrej, indywidualnej i uważnej opieki lekarskiej.